Książki

Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia

Po raz pierwszy raz z tematem Australii zetknęłam się w wieku lat trzynastu. Było lato 1989 roku i podczas wakacji poznałam Witka, który na co dzień mieszkał w Brisbane. Pamiętam, jak oglądaliśmy w telewizji reklamę słynnego wówczas środka o mało wdzięcznej nazwie Prusakolep i Witek zaczął opowiadać, jak to u nich w Australii reklamowane jest wszystko: mydło, szampon, a nawet czekolada z orzechami i mleko. Nie uwierzyłam. Zbyt to było nieprawdopodobne jak na tamte czasy. Ale skłoniło mnie to do sięgnięcia do atlasu i tych nielicznych książek na temat Australii.

Zainteresowałam się, ale na bardzo krótko, tak to już z nastolatkami bywa. Potem minęło trochę czasu, a ja nadal o Australii nie myślałam. W ogóle. Jeśli w głowie pojawiały się plany jakichkolwiek wyjazdów w tamte rejony, to bardziej interesowała mnie Nowa Zelandia. Albo wyspy na Pacyfiku, a między nimi moje wymarzone Vanuatu. Australia nie.

Przyznaję, że kiedy całkiem niedawno usłyszałam o najnowszej książce Marka Tomalika „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia” (wyd. Otwarte na świat), zastanawiałam się, jaka ona faktycznie będzie. I czy znajdzie się dla niej miejsce w natłoku tych wszystkich popowych pozycji z cyklu „zobaczcie, w jakich egzotycznych miejscach byłem i jakie fajne miałem przygody”. Otóż, znajdzie się takie miejsce dla tej książki, mimo, że jest oczywiście zupełnie różna od zacytowanych powyżej.

O tym, że będzie inna widziałam już w momencie, kiedy podczas festiwalu Trzy Żywioły Marek i Beata Tomalikowie rozpoczęli swoją opowieść o świecie rdzennych mieszkańców kontynentu cytując aborygeńską poetkę. Już wtedy byłam pewna, że również książka mi się spodoba i się nie pomyliłam.

Marek odwiedza Australię już od ponad dwudziestu lat i wierzy, że to jego miejsce na ziemi. Myślę, że faktycznie tak jest, bo tę jego łączność czy nić porozumienia z tym odległym kontynentem po prostu czuć. O australijskiej ziemi i zamieszkujących ją ludziach opowiada z niezwykłym szacunkiem i jest to coś, co zrobiło na mnie największe wrażenie. Poza tym na kartach książki każdy znajdzie coś dla siebie. Jest piękny i zarazem niebezpieczny australijski outback. Są Aborygeni i ich wierzenia oraz zwykli Australijczycy, tak bardzo pozytywnie nastawieni do życia. Jest sporo opowieści o australijskiej faunie: o kangurach, które jak się okazuje, napawa strachem ich własny tupot, o dingo wieszanych na drzewach czy muchach, które chcąc nie chcąc bywają zjadane na śniadanie. To wszystko opowiedziane jest z wielkim respektem dla innych, a sporym dystansem do siebie i własnych osiągnięć.

Marek pokazał mi ten nieznany świat w taki sposób, że najchętniej natychmiast spakowałabym plecak i ruszyła w drogę.

To tyle, choć oczywiście można byłoby napisać dużo więcej.

Kiedy zaczęłam czytać, nie mogłam przestać. Czasu nie miałam już na nic, bo każdą wolną chwilę czytałam. Tak długo, aż skończyłam. Wczoraj nieopodal Empiku zobaczyłam przycupniętego w kącie chłopaka, który też czytał książkę z tą charakterystyczną pomarańczową okładką. „Australię” oczywiście. Pewnie też się wciągnął.

Na koniec zacytuję to, co Marek napisał na początku:
„Aborygeńskie mity zaklęte w prastarych skałach. Magia fantasmagorycznej pustyni. Tysiące urokliwych miejsc subtelnie tkanych miliony lat przez Matkę Naturę i niezniszczonych jeszcze przez człowieka. Orgia kolorów rafy koralowej. Nowoczesność miast uważanych za najbardziej przyjazne do życia na świecie. Kobaltowe niebo z Krzyżem Południa. Czy to są wystarczające powody” żeby o Australii poczytać?

Pin It

  • RSS
  • Facebook
  • Flickr