10 zdjęciowych rozczarowań

O moich wymarzonych do fotografowania miejscach już pisałam, a dziś przyszedł czas na ich zupełne przeciwieństwo. Poniżej znajdziecie te wszystkie miasta, wioski, świątynie czy place, które wspominam źle albo wręcz fatalnie. Nie dlatego, że są to miejsca nieciekawe, bo wiele z nich z całą pewnością warto odwiedzić, ale są to miejsca takie, które z różnych względów fotograficznie mnie rozczarowały. Wybór subiektywny, a kolejność zupełnie przypadkowa.

1. Sri Lanka, Pinnewala. Bardzo nieprzyjemnie wspominam tę cejlońską atrakcję turystyczną. Jadąc tam niby wiedziałam, że zbyt wiele nie mogę się spodziewać, ale zupełnie inaczej wyobrażałam sobie rzeczywistość. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam coś w rodzaju areny, wokół której stali ludzie cieszący się widokiem dwóch małych słoniątek przywiązanych łańcuchami do ziemi. Bo małe właśnie w ten sposób umocowane czekały na swoje mleko w butelkach. Zupełna pomyłka. Na szczęście potem, kiedy wszystkie słonie zostały zaprowadzone do kąpieli w rzece Ma Oya zrobiło się nieco sympatyczniej. Mimo tego nie wrócę tam, bo i po co.


2. Laos, wioska nieopodal Muang Sing. Prawdą jest, że ja do Laosu pojechałam właśnie do wiosek Akha. W Luang Nam Tha zrezygnowałam z trekkingu do wiosek tego ludu w dżungli, bo kiedy mi powiedziano, jak często i w jakiej ilości odwiedzane są przez turystów, wiedziałam, że to będą jedynie wioski spreparowane na ich potrzeby. Dlatego pojechałam kawałek dalej do Muang Sing czyli tam, gdzie dociera ich już faktycznie niewielu. To wszystko była prawda. Ale prawdą było też to, że tamtejsze wioski niczym właściwie nie różniły się od jakichkolwiek innych wiosek usytuowanych w Laosie. Tamtejsi ludzi i wyglądali i zachowywali się dokładnie tak samo, jak pozostali Laotańczycy, a młodym Akha bardziej imponowały wzorce chińskie niż swoje własne. Pięknie zdobione czapki nosiło zaledwie kilka starszych kobiet, ale tylko jedna osoba pozwoliła mi zrobić zdjęcie. Szukałam czegoś zupełnie innego, więc moje rozczarowanie sięgnęło zenitu. Poszukam jeszcze prawdziwych Akha w Laosie, ale w innej okolicy.

3. Tajlandia, Bangkok. Nie przypominam sobie sytuacji podczas jakiegokolwiek wyjazdu, kiedy przeklinałam soczyściej niż w tamtejszym Pałacu Królewskim. Miałam swoje powody. Okazało się, że ludzi, którzy chcą zobaczyć pałac są całe setki. Co ja piszę – całe tysiące właściwie. Tłumy maszerowały po alejkach i co chwilę każdy chciał sobie gdzieś z kimś zrobić „zdjęcie na tle”, więc średnio oceniłam możliwość zrobienia jakichkolwiek innych. Nie bawi mnie ani zwiedzanie, ani tym bardziej fotografowanie w takim tłumie. I nie ciągnie mnie, żeby kiedykolwiek tam wrócić, mimo że miejsce jest oszałamiające.

4. Birma, Amarapura. Było pięknie. Jakoś tak po godzinie 10 ponad tysiąc mnichów zamieszkujących klasztor Maha Ganayon zaczęło powoli wychodzić na zewnątrz i ustawiać się w kolejce na drodze, aby potem pomaszerować do jadalni i zjeść wspólnie posiłek. W milczeniu i pełni pokory stali w dwóch rzędach na ulicy. Aż tu nagle przyjechały dwa autobusy pełne turystów z Włoch i Francji. Każdy z przybyłych ludzi obwieszony był aparatami, kamerami i nie wiem, czym jeszcze. Najgorsze jest to, że ci turyści w ogóle nie mieli żadnego szacunku do mnichów. Prawie, że ich przestawiali, traktowali niczym śmieszne małpki w zoo, a potem podczas posiłku, zaglądali im wręcz do talerzy. Wstyd mi było za nich. I myślę, że to nie był przypadek, tylko tak dzieje się tam na co dzień.

5. Nepal, Dakshinkali. Głupotą z mojej strony było wybrać się do świątyni, w której składa się bogini Kali ofiary ze zwierząt zaraz następnego dnia po przyjeździe do Nepalu. To, że był tam tłum Nepalczyków czekających na swoją kolej z kogutami w rękach albo kozami na sznurkach można było przewidzieć. I nie chodzi o to, że to było coś strasznego. To prostu inna kultura, którą rzecz jasna przyjmuję taką, jaka jest. Problem w tym, że ja zupełnie nie wiedziałam, jak powinnam się zachować, co mi wolno, a czego nie, a przede wszystkim, kiedy i gdzie mogę robić zdjęcia. Skutek był taki, że zrobiłam ich jedynie kilka i akurat tam wróciłabym kiedyś, żeby to nadrobić.

6. Wietnam, Sapa. Ta górska miejscowość na północy Wietnamu z pewnością ma swój urok. Niektórzy twierdzą, że jest bardzo turystyczna i to również jest prawdą. Rzeczywistość wygląda tak, że każdego dnia do miasta przybywają dziesiątki kobiet z okolicznych wiosek, aby swoje wyroby sprzedać turystom. I każdy z turystów jest dla nich dosłownie na wagę złota. Nie mogłam przejść sobie po ulicy, ani ze spokojem zrobić zdjęć, bo od razu przyciągałam czyjąś uwagę. Mnie to osobiście bardzo męczyło.

7. Sri Lanka, Anuradhapura. Dałam się namówić na całodniową wycieczkę po terenie pierwszej lankijskiej stolicy, a jako że teren jest rozległy, sporo się nejeździłam. Dzień był piękny, ale nadawał się bardziej na plażę niż na zwiedzanie dziesiątek pagód. Tym bardziej, że każda z kolejnych stup wglądała właściwie tak samo, jak kilka poprzednich. Pewnie znawcy znaleźliby różnicę, ale dla mnie tematy archeologiczno-historyczne nie są aż tak pasjonujące. Miałam dosyć, byłam zmęczona i wystarczy mi białych lankijskich stup na długi czas.

8. Indie, Phyang. Festiwal w klasztorze Ladakhu chciałam zobaczyć koniecznie wybierając się w te okolice. Nie mówię, że było nieciekawie, bo byłabym niesprawiedliwa. Po prostu ja spodziewałam się czegoś innego, czego tak naprawdę, trudno jest określić. Prawdopodobnie spodziewałam się zbyt wiele, dlatego potem byłam tak bardzo rozczarowana. Później widziałam jeszcze jeden podobny festiwal z Korzoku i też mnie nie powalił na kolana. Prawdopodobnie po prostu nie jestem wielbicielką ladackich festiwali i tyle.

9. Maroko, Marakesz. Djemaa el Fna była jednym z kandydatów do poprzedniego zestawienia, bo to z pewnością miejsce niezwykle klimatyczne i fotogeniczne. Pamiętam, że jeszcze w Essaouirze ostrzegano mnie przed robieniem określonych zdjęć na tym placu. Na miejscu okazało się, skąd te wszystkie rady. Na Djemaa el Fna spotkać można mnóstwo wszelkich tancerzy, aktorów, panów z małpkami, dentystów, pań zajmujących się malowaniem wzorów henna itp itd. I wielu z nich chciało ode mnie pieniądze, kiedy zauważało obiektyw skierowany w ich kierunku. Nawet wówczas, kiedy byli tylko małymi ludzikami na tle placu, bo nic innego nie z oddali nie byłam w stanie zrobić moim obiektywem 35mm. Nie płaciłam, ale kosztowało mnie to mnóstwo stresu.

10. Laos, Luang Prabang. Nie myślę tu o samym mieście, które same w sobie jest ciekawe, ale o zachodzie słońca widzianym ze wzgórza Phu Si. Tłumy tam były. Każdy zajął swoje miejsce i nie bardzo mógł się poruszyć, bo na jego lokalizację czekały już dziesiątki chętnych. Jedna grupka turystów usiadła nawet w takim „strategicznym” miejscu, że każdy kto chciał zrobić zachodzącego słońca, musiał fotografować również ich. Za to oni mieli widok idealny. Słyszałam, że mówili po polsku… A poza tym widok rozpościerający się ze wzgórza na miasto i okolice jest idealny.

Wychodzi na to, że zwykle problemem jest:
– rzeczywistość przedstawiająca się zupełnie inaczej niż w moich wyobrażeniach,
– chęć sfotografowania typowych turystycznych atrakcji i natknięcie się na tłumy innych równie chętnych,
– fakt bycia traktowanym trochę jak chodzący worek z pieniędzmi;),
– fakt, że niektóre z tych miejsc nijak się mają do moich zainteresowań mimo, że w rzeczywistości mogą podobać się wielu..

Mieliście kiedyś takie sytuacje jak opisane powyżej?

Pin It

31 Komentarzy

  1. Jakos mam szczescie, ze gdziekolwiek jade wlasnie o tym piszesz :) We wtorek powinnam byc w Sapie.

    25th Marzec 2011 at 13:00

    • Już od dłuższego czasu zbieram się, żeby coś więcej o Sapie napisać, ale jakoś do tej pory się nie udało;)
      a Tobie życzę przyjemności i wspaniałych zdjęć!
      p.s. a jak było w Fez?

      25th Marzec 2011 at 13:10

  2. Moze to i dobrze. Nie bede wiele oczekiwac ;) Bardzo zle fotografowalo mi sie w Maroku, szczegolnie Chefchaouen cierpi na fotofobie.

    25th Marzec 2011 at 13:11

  3. W Fez super (w Chefchaouen jeszcze lepiej). Na dole w garbarni nie bylam, akurat byl piatek i malo ludzi pracowalo, a za drugim razem tez bylo jakies swieto i mieli wolne. Pomimo, ze ciezko bylo fotografowac w Maroku to juz nie moge sie doczekac kolejnej wizyty. Tu troche zdjec: http://mrowisko.wordpress.com

    25th Marzec 2011 at 13:15

    • No ja też tak mam. Kiedy wróciłam z Maroka byłam bardzo niezadowolona z całego wyjazdu, ale teraz chętnie bym tam wróciła;) Ma ten kraj coś takiego fascynującego w sobie, że chętnie wracałoby się nie raz…
      Twoje zdjęcia już oglądam, ze wstydem przyznaję, że dawno do Ciebie nie zaglądałam:(
      W kwestii Chefchaouen – akurat to miasto dobrze wspominam, nawet o dziwo udało mi się tam zrobić kilka portretów;)

      25th Marzec 2011 at 13:22

  4. Miałam to szczęście, że Pinnawali trafiłam najpierw na moment kąpieli, a potem spaceru słoni z powrotem z rzeki do ośrodka. Później chwila w ośrodku, gdzie niektóre słonie spacerowały sobie wolno. Karmienia nie widziałam więc i tego zgromadzenia turystów też nie.

    Natomiast w Pałacu w BKK miałam mało fajną sytuację związaną z wchodzeniem w kadr. Bo tam naprawdę trudno zrobić jakiekolwiek zdjęcie nie przeszkadzając nikomu i choć się starałam, to usłyszałam po polsku parę mało fajnych słów na swój temat wypowiedzianych przez panią do kogoś, komu robiła zdjęcie. Pani nie wiedziała, że ją rozumiem, ale nawet się nie speszyła, jak zwróciłam jej uwagę…

    Podobne rozczarowanie jak Ty w Luang Prabang przeżyłam oglądając zachód słońca w Angkorze. Nie tylko dzięki tłumom turystów, którzy na szczyt świątyni wdrapywali się nawet poza wyznaczoną trasą, ale i sam zachód nie był akurat tego dnia widowiskowy :)

    Btw, to foto z Luang Prabang to Ci jednak świetne wyszło. I bez turystów na pierwszym planie :)

    25th Marzec 2011 at 14:10

    • Ja do Pinnewali przyjechałam jakoś tak rankiem, więc mogłam zobaczyc te biedne słoniątka na ringu. Ale jak widac, nie masz czego żałować…
      To foto jest bez turystów na 1. planie, bo załapałam się na taka miejscówkę w pierwszym rzędzie, której za żadne skarby juz potem zmienić nie mogłam;) Ale słońce było kawałek dalej w prawo.

      25th Marzec 2011 at 15:00

      • Ale to dobrze, bo dzięki temu foto ma klimat, jest nieprześwietlone i światło wyszło bardzo malownicze :)

        25th Marzec 2011 at 15:22

  5. Pinnawala – słonie są super i ten ich przemarsz do rzeki, ale ten ring to fatalny, a tam obok i straszniejsze rzeczy się dzieją.

    mnichy – narzekasz na turystów, ale sama cykasz zdjęcia. ja robię tak samo. no cóż, każdy chce i ma prawo obejrzeć i tak już po prostu musi być.

    stupy – no może zabytkowe, święte, ważne, ale po co mi tyle stup oglądać!?

    worek z pieniędzmi – dokładnie tak się czuję czasem jak biała małpa, która da kasę za nic, nawet za spleśniały owoc, brudną chustkę, czy pojedyncze zdjęcie cyknięte z biegu i dyskretnie, a więc wiadomo, że wątpliwej ostrości.

    25th Marzec 2011 at 14:38

    • Wiesz, zdjęcia można robić na różne sposoby…
      „Cykanie” ma dla mnie bardzo pejoratywny wydźwięk i kojarzy mi się z bezmyślnym pstrykaniem wszystkiego wokół, dlatego czuję się nieco urażona, że właśnie tak określiłeś sposób, w jaki ja robię zdjęcia.
      Do tej pory wydawało mi się, że myślę zanim naciskam spust migawki i wolę usłyszeć czy zobaczyć czyjąś odmowę niż robić zdjęcie w sytuacji, gdy mogę tym kogoś urazić.

      25th Marzec 2011 at 15:18

    • 1) Nie wydaje mi się, że zdjęcia Ani B. to zwykłe „cykanie”. Wprost przeciwnie. Każda fotografia przedstawiona w galeriach wydaje mi się przemyślaną i „dojrzałą” pracą.
      2) Chociaż fotografem jestem żadnym, to turystą jakimś – owszem. „Workiem z pieniędzmi” nie czułem się chyba nigdy… I nie czułem, by tak odnosili się do mnie mieszkańcy odwiedzanych krajów. Są kultury, gdzie nagabywanie do kupna, negocjacje w stosunku do ceny za usługę czy rzecz są na porządku dziennym. Tak było, jest i będzie. A że przybiera to czasami zbyt nachalną formę – to już wina nasza, turystów. Tu właśnie przydaje się dużo tzw. asertywności…
      Nie raz zdarzało mi się podróżować niemal bez grosza przy duszy, a wracałem o ileż bogatszy – o wrażenia, doświadczenia, przeżycia. Głownie zresztą (niemal zawsze) wracałem utwierdzony w ludzkiej, szeroko pojętej, wrodzonej dobroci, gościnności, chęci niesienia pomocy innym i dzielenia się wszystkim i ze wszystkimi… Może to trochę chaotycznie napisane, ale tak właśnie odczuwam i to (zaręczam) nie tylko ja…
      3) Przepraszam, ale jak piszesz, że czujesz się podczas wyjazdów jak „biała małpa” – to z grzeczności nie zaprzeczę… Tylko, że można to naprawdę łatwo zmienić…

      Pozdro :-)

      26th Marzec 2011 at 22:29

  6. Rozumiem rozczarowanie związane z zwiedzaniem czegoś wartościowego w danym regionie. I prawda taka, ze jesli się udaje do miejscowości, o których piszą w popularnych (mniej lub bardziej) książkach-przewodnikach, to należy liczyć się z najazdem turystów. Dla tubylców ma to ogromne znaczenie, bo turysta to po prostu zysk, osiągnięty kosztem zanieczyszczeń środowiska, zacieraniem różnic kulturowych – po prostu trzeba utrzymać jakiś względny i akceptowalny dla większości gości poziom.

    W Polsce jest tak samo. Przykład z mojej dalszej okolicy; Skorzęcin – jedno z największych ośrodków wypoczynkowych w Polsce (na pewno w Wlkp), sąsiaduje z Powidzem. Każdego roku przyjeżdza tam tłum, zwłaszcza w weekendy – zeby wjechać do osrodka, nieraz trzeba czekać dobrą godzinę a nawet i dłużej. Fenomen polega na tym, ze ludzie lubią się bawić, napić czy spędzać czas na świeżym, niekoniecznie czystym powietrzu; opanowane jest przede wszystkim przez ludzi młodych, coraz częsciej sie zdarza ze z dziećmi. Sam pobyt jest o wiele droższy niż nad morzem. Jeśli ktoś powie, ze odpoczął w Skorzęcinie (W Skoju), to się szyderczo śmieję – bo jak można odpoczywać na plazy, gdzie nocą ludzie szczają do piasku czy wody, gdzie znajdują się nieczystości? Autentycznie takie obrazy to norma.
    Sam tam bywam ale to zawsze wieczorami, poimprezować, nic poza tym. Wolę pojechać gdzieś nad dziką plażą, nad J.powidzkim, od lat czystym – warto podkreślić, ze żeglarze bardzo polubili te strony ;-).

    Morał taki, że im większa popularność, tym większy bajzel i większe chamstwo wśród tubylców. Ot, kolejny przykład: Stary Licheń, gdzie z małego starego kościółka, stojącego obok Golgoty, wyrosła olbrzymia złota bazylika {druga po Watykanie na świecie} a mieszkańcy zarabiają na obsłudze gości (handel, gastronomia, noclegi). Jak tylko o tym pomyślę, wręcz mnie odrzuca… jako Katolika..

    25th Marzec 2011 at 16:49

    • A wiesz, że nigdy w Skorzęcinie nie byłam?
      Za to w Licheniu i owszem. Raz jedyny przy okazji jakiejś delegacji. I też mni tam juz nie ciągnie;)
      A swoja droga – maja tam jeszcze te kasety z ptasim śpiewem, które można usłyszeć spacerując po alekjach nieopodal bazyliki?

      26th Marzec 2011 at 13:45

      • A tego nie wiem – nie byłem tam od 7-8 lat, wtedy jeszcze w budowie było ;-)

        26th Marzec 2011 at 14:43

  7. oj tak, często się zdarza, że nasze oczekiwania przerastają rzeczywistość. Na szczęście chwile spędzone w podróży, kiedy jesteśmy zachwyceni (ludźmi, obiektami, przyrodą itd) są na tyle energetyczne, że przesłaniają wszystkie niedociągnięcia[; jakkolwiek życia trzeba kosztować w różnych jego smakach – nie ma słodkiego jeśli nie będzie odrobiny goryczki niespełnienia. całkiem motywujące to jest[;

    pozdrawiam wiosennie[;

    25th Marzec 2011 at 20:33

    • Idealnie to ujęłaś:) Lepiej bym tego nie napisała.

      Również pozdrawiam, choć nie jestem pewna, czy wiosennie, bo tu u mnie w Poznaniu śnieg dzisiaj prószy;)

      26th Marzec 2011 at 13:47

  8. Znaczy ja Chefchauen dobrze wspominam (juz kupilam bilety na nastepny raz) bo jest przepiekne, tylko zdjecia robi sie w dyskonforcie, znaczy najlepiej tak aby nikt nie zauwazyl. Juz samo przejscie ulica z aparatem jest przez niektorych odbierane jak obraza ;) Ja jestem przyzwyczajona, ze ludzie fotografowani sie ciesza :)

    25th Marzec 2011 at 22:34

  9. jendrycka

    Zaglądając tu, pierwsze co przyszło mi do głowy to „ciekawe, czy będzie klasztor w Amarapurze?”.
    Oczywiście jest – miałam identyczne odczucia – takiej scenki cepeliowej! „Proszę Państwa! Idą mnisi, robimy zdjęcia – trzy cztery!” Też zrobiłam kilka, chociażby po to, żeby była ilustracja do opowiadania, ale to chodzenie dookoła mnichów podczas posiłku – tragedia! Ale też mnisi chyba celowo tę szopkę odstawiają, co wywnioskowałam z tego, że zjedli w 3 minuty, a resztę wynosili ze sobą – chyba dokończyli w zaciszu;)

    25th Marzec 2011 at 23:12

    • Obawiam się, że oni nie mają zbyt wielkiego wyboru…
      Szczególnie w takim kraju, jakim jest Birma.

      Starałam się zawsze uzyskać choćby skinienie głową albo przytaknięcie oczami, że ci młodzi mnisi nie mają nic przeciwko, bo sama źle się poczułam, że w czymś takim uczestniczę. Bo rzecz jasna chciałam mieć zdjęcia, ale nie za cenę takiego bezprzedmiotowego traktowania ludzi…

      26th Marzec 2011 at 13:58

  10. @jacek – keep your mind open[;

    26th Marzec 2011 at 08:02

  11. Cha… sam pamiętam jak robiłem zdjęcie meczetu w Marakeszu na owym najsłynniejszym placu. Gdzież poza brzegiem kadru był koleś z wózkiem. Kiedy zrobiłem już zdjęcie i oddaliłem aparat od oka zauważyłem, że gościu już do mnie pędził co sił by mnie „skroić” z kasy za teoretyczne uwieńczenie jego niebywale ciekawej postaci. Nie chcąc się z nim przekomarzać zwiałem w tłum. :-)

    27th Marzec 2011 at 21:35

    • Czyli mniej więcej taka sytuacja, jak te, o których wspominam;)
      Tak absurdalna, że nie uwierzyłabym, gdybym nie przekonała się na własne oczy;)

      28th Marzec 2011 at 19:19

  12. gosc

    Czy trudno jest zaakceptowac fakt, ze sa miejsca na swiecie, gdzie sie placi za zrobienie zdjec? Jak w Marakeszu, Tunezji czy Kenii. W kazdym chyba przewodniku mozna przeczytac o tym.
    Bylam swiadkiej sceny jak pewien Polak w towarzystwie swojej dziewczyny chcial koniecznie pstryknac zdjecie zaklinaczowi wezy bez tej drobnej oplaty kilku dirhamow. Zdjecie zrobil, moze i bylo ladne, ale szybciej niz on zrobil zdjecie, facet zarzucil mu na szyje weza. Uwolnil go od niego po oplacie ponad 20 euro. Jesli chce sie robic foty w takich miejscach, trzeba to uwzglednic w swoim budzecie, albo z nich zrezygnowac.
    Nie wszyscy przyjmuja z buddyjskim spokojem nachalne pstrykanie. Wam chyba tez by nie odpowiadalo gdyby ktos Was fotografowal ukradkiem. Czy to trudno zrezygnowac z czegos?

    28th Październik 2011 at 02:55

    • Odpowiem pytaniem na pytanie: Czy trudno jest zrozumieć, że nie pisaliśmy tutaj o sytuacji dotyczącej „pstrykania zdjęć zaklinaczowi”, tylko o takiej, kiedy robisz szerokim kątem zdjęcia miejsca i człowiek chcąc nie chcąc się na nim znajduje stanowiąc kilka procent kadru?

      Nas też fotografują ukradkiem. W wielu miejscach na świecie osoby o białej skórze bywają fotografowane nagminnie, szczególnie wtedy, kiedy są białymi kobietami. Ale nie, nie zwykłam w takich sytuacjach żadąć za to 20 euro tudzież dolarów i wieszać komuś węża na szyi. I to nie tylko dlatego, że takiego węża nie posiadam.

      I nie wiem, jak Ty robisz zdjęcia, ale „nachalne pstrykanie”, jak to określiłaś, jest zupełnie nie w moim stylu. Fotografować można też inaczej. Szkoda tylko, że tego nie wiesz.

      28th Październik 2011 at 08:43

  13. gosc

    tonu odpowiedzi gratulowac nie bede, jak rowniez twojej wiedzy o tym czego ja nie wiem. Moglabys byc nieco mniej napastliwa, podalam ze swej strony wylacznie przyklad co nas moze spotkac w pewnych sytuacjach, jesli zlekcewazymy obyczaje panujace np. w Marakeszu. W innych miejscach ludzie sami „wlaza” w kadr z usmiechem na twarzy, gdzie indziej pozwalaja sie fotografowac, ale umiejetnosc fotografowania nie polega na tym wylacznie by ladnie skadrowac zdjecie…zwlaszcza gdy sie fotografuje nieznajomych. Chyba jeszcze za malo poznalas swiat, mimo ze duzo podrozujesz.

    31st Październik 2011 at 01:14

    • Tego się właśnie obawiałam i nie pomyliłam się – zupełnie nie zrozumiałaś tego, co napisałam. Następnym razem zanim zaczniesz się unosić i kogoś obrażać na jego własnym blogu, przeczytaj to, co ci odpowiedział.
      p.s. Masz rację, tutaj się niczego nie nauczysz – żeby się czegokolwiek od kogoś uczyć, najpierw trzeba tego chcieć.

      2nd Listopad 2011 at 15:05

  14. gosc

    chyba tego titaj sie nie naucze

    1st Listopad 2011 at 05:01

  15. witam,
    mam zamiar odwiedzic Sri Lanke za niedlugo i mocno zastanawialem sie nad tym „sierocincem” Pinnewala.
    czy rzeczywiscie nie warto tam pojechac? czy oprócz przedstawionego turystycznego szalenstwa jest tam czas na cisze i spokoj i spokojne robienie zdjec sloniom podczas ich codziennego zycia? moze inna pora dnia?
    bede wdzieczny za info
    pozdr
    keda

    18th Styczeń 2012 at 01:27

    • Cześć,
      ciężko powiedzieć mi, jak to wygląda o innej porze dnia, bo mnie tam wówczas nie było. Zależało mi tam tym, żeby zobaczyć kąpiel słoni, więc trafiłam na turystyczne szaleństwo. Moim zdaniem nie warto, ale to jest moja indywidualna ocena. Najlepiej sprawdź to sam:) pozdrawiam!

      18th Styczeń 2012 at 09:54

  16. Paolo

    Witaj,
    wiem, że ten blog już „nie oddycha”, ale właśnie spedziłem niedziele na upajaniu się znajomymi widokami, Indie, Nepal, Maroko… dużo by wymieniać wspólnych miejsc. Zastanawiam się czy my którzy cenimy sobie doznania estetyczne w postaci uchwyconych momentów, czasami nie podążamy tak jak pozostali z „tłumem”. Patrząc na te 10 naj „nie”, przypominam sobie mój pobyt w 2009 i zdjęcia z Amarapury. Wiedziałem co sie tam dzieje, wtedy kiedy jeszcze Birma nie była tak otwarta, teraz to pewnie jest jeszcze gorzej. Postanowiłem pozostać tam dłużej niz autokarowe wycieczki i sie opłaciło. Fakt, patrząc co wyrabiali „białasi” było to jedno z miejsc w których dwa palce w usta i pod płot. To jak „szanowano” odmienną kulturę, prywatność wołało o pomstę do nieba. Co osoba to oddmienne wrażenia, dla mnie Jamaa el Fna x2 oraz dwa festiwale w Ladakhu bardzo miło wspominam zdjęciowo. Pozdrawiam i do obejrzenia :)

    23rd Grudzień 2013 at 14:09

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

  • RSS
  • Facebook
  • Flickr